sobota, 10 października 2015

ONE SHOT- The book about my soldier.

      Dwie kreski. Dwie malutkie, czerwone kreski, które dały jej tyle szczęścia. To uczucie rozpierało ją od środka. Jedyne o czym teraz marzyła to spojrzeć mu w oczy, wtulić się w jego tors i podzielić się z nim tą radosną nowiną. Nie mogła...
      Miało to być ich pierwsze dziecko. Starali się o nie już od ponad roku i dopiero teraz doczekali się rezultatów. Było ono dla nich czymś w rodzaju dopełnienia regułki ,,szczęśliwej rodziny", lecz dla Ally było czymś więcej. Było spełnieniem jednego z jej marzeń, a także było zapewnieniem, że nie zostanie sama.
      Austin, bo tak miał na imię jej małżonek, był żołnierzem walczącym w Afganistanie. Zamiłowaniem do obrony państwa zaraził się, gdy jego mama posłała go do szkoły wojskowej twierdząc, że bardzo dobrze spędzi tam czas, pozna przyjaciół i także obierze swoją własną drogę, którą będzie kierował się w życiu. Faktycznie tak było. Nauczył się tam wielu pożytecznych rzeczy, poznał dobrych kumpli, w tym wspaniałego przyjaciela, który wskoczyłby za nim w ogień. Brunetka bardzo dobrze o tym wiedziała, gdyż już po raz pierwszy, gdy się spotkali opowiedział jej o tym, a także o życiu w armii:
        Był piękny słoneczny poranek. Temperatura na dworze wynosiła ok. 25 stopni, przez co człowiek odczuwał ciepło w bardzo przyjemny sposób, nie męcząc się nadmiernym upałem.
Ally jak zwykle, w dzień powszedni pracowała w swojej własnej księgarni, umieszczonej na  rogu jednej z najpopularniejszych ulic tego miasta.Mimo tego, że księgarni nie odwiedzały tłumy to brunetka spokojnie zarabiała na dostatnie życie.
        Jak co dzień, gdy nie było ludzi w sklepie zagłębiała się w lekturę tak bardzo, że nawet gdyby czołg przejechałby po dziale z literaturą autobiograficzną nie uniosłaby wzroku z linijki tekstu, którą aktualnie czytała.
       Dzisiejsza książka nie wciągnęła jej tak bardzo jak poprzednia. Była napisana trudnym językiem, a fabuła pozostawiała wiele do życzenia. Mając to w zwyczaju zaczęła miętolić róg kartki, ale tym razem coś jej przerwało. Mianowicie usłyszała bicie dzwoneczków zawieszonych nad drzwiami. Była to oznaka, że ktoś wszedł do jej księgarni. Uniosła wzrok kierując go w stronę klienta w między czasie wkładając zakładkę między strony opasłego tomu, po czym położyła go na blacie.
-Dzień dobry.-Blondyn przywitał się z szerokim uśmiechem na ustach, który Ally od razu odwzajemniła, odpowiadając tym samym.-Czy mogłaby mi pani powiedzieć jak dostanę się na st.Michael street?- Spytał łagodnym, lekko zachrypniętym głosem.  Brunetka przyjrzała mu się.
      Był szczupły, ale za to bardzo umięśniony. Miał na sobie podarte, jasne jeansy i biały t-shirt, który eksponował jego biceps. Na przedramieniu zauważyła tatuaż przedstawiający wilka, a niedaleko obok niego bliznę ciągnącą się od łokcia ze 3 cm w górę.
       Był wysoki, na oko mierzył ok. 185 cm, a jego najbardziej charakterystyczną cechą była blond czupryna zarzucona na lewą stronę, przez co długawa grzywka zasłaniała część jego czoła. Co tu dużo mówić, był najprzystojniejszym mężczyzną jakiegokolwiek Ally w życiu widziała. Nieznajomy był dokładnym odwzorowaniem bohaterów książek do których wzdychała, gdy je czytała.
      Była zdziwiona, że pyta się jej o drogę. W tym współczesnym świecie, w którym oboje się znajdowali człowiek potrafił załatwić wszystko za pomocą dwóch machnięć palcem po ekranie smartfona. Mimo tego uwiodła ją jego ciepła barwa głosu.
-Powinien pan skręcić tutaj za rogiem w lewo, jechać prosto aż dojedzie pan do Sunset Street, potem przez Bush'a, Lincoln'a, skręcić na Lablador Street i cały czas prosto aż do st. Michael Street.- Blondyn popatrzył na nią skołowany.- To ja panu pokaże na mapie.- Powiedziała i poszła między regały w poszukiwaniu rozkładu miasta. Przez ten cały czas czułą na sobie wzrok przystojnego blondyna. Czuła, że coś ją rozrywa od środka. Coś, czego jeszcze nigdy nie czuła. Nie było  to dla niej komfortowe. Przeszkadzało jej to w skupieniu się nad poszukiwaniami.-Mam!-Krzyknęła, unosząc  nad głową rozkład. Rozłożyła go na blacie, po czym po kolei wskazywała na wcześniej wymienione ulice.
-Kupiłbym tą mapę od pani.- Powiedział wyciągając portfel z tylnej kieszeni spodni.-Ile płace?
-Pan tu jest nowy?-Wtrąciła mu się, na co on pokiwał głową.
-Niezupełnie. Urodziłem się tutaj, mieszkałem przez jakiś czas, ale później poszedłem do szkoły wojskowej, potem do armii i tak jakoś wypadło, że nie zabawiłem tu od jakiś 10 lat.- Już wiedziała skąd miał tą bliznę. Nie bez powodu nie wyglądała na taką zrobioną przez przypadek. Przyglądając się torsowi mężczyzny zastanawiała się, czy pod T-Shirtem kryje się ich więcej. Była pewna, że tak i była pewna, że każda z nich skrywa ciekawą na swój sposób historię, która opowiadałaby o tym jak jego życie każdego dnia jest zagrożone.
-Dla pana rozkład jest za darmo.- Z jednej strony dziwił ją fakt, że odbiera sobie możliwość zarobienia 7 dolarów, a z drugiej poczuwała się do podziękowania mężczyźnie za ratowanie między innymi jej życia na polu walki.
Odepchnęła delikatnie jego dłoń trzymającą rozłożony portfel.
-Nie, naprawdę. Zapłacę pani. Nie  chcę jakiejś łaski, tylko dlatego, że jestem w armii.
-Nie robię tego dlatego, że jest pan w armii.- Blondyn spojrzał na nią pytającym wzrokiem.- Przecież to jest pana rodzinna miejscowość, a ja panu pomogłam tylko się w niej nie pogubić, to wszystko.- Wzruszyła ramionami.
-Aczkolwiek mapa trochę kosztuje.-Zauważył, unosząc jedną z jego krzaczastych brwi.
-Grosze.- Zapewniła go uśmiechając się do niego, co on od razu odwzajemnił, ukazując szereg śnieżnobiałych zębów.
-Skoro pani tak twierdzi.-Widać było, że nie czuje się komfortowo z tym, że otrzymał coś za darmo. Widocznie przywykł do tego, że na wszystko trzeba sobie zapracować.-Nie wypada kłócić się z kobietą.- Schował portfel do tylnej kieszeni spodni, po czym zaczął składać mapę.- Ałć!- Syknął, po czym przyłożył zraniony palec do ust.- Przeciąłem się.
-Niech pan mi to pokaże.- Powiedziała, w tym samym czasie odbiegając do miejsca, w którym prawdopodobnie znajdowała się woda utleniona i kilka plastrów. Blondyn ułożył dłoń na dłoni brunetki. Była o wiele większa od jej, więc musiała złapać ją obiema, po czym dokładnie zaczęła oglądać malutką ranę, aż w pewnym momencie zauważyła, że mozolnie wydobywa się z niej mała kropelka krwi, która spłynęła po palcu i spadła na blat.  Ally momentalnie poczuła jak traci nad sobą kontrolę. Nogi zaczęły jej się uginać jakby były z waty, a przed oczami pojawiły się mroczki. (nie, nie chodzi o tych bliźniaków- od aut.)  Nie trzeba było długo czekać, aż zapadła całkowita ciemność, a ona zemdlała.
       Powolnie uniosła powieki jeszcze nie obudzonych oczu, rozglądając się po pomieszczeniu. Była na zapleczu, czyli w miejscu, gdzie aktualnie nie powinna być. Powinna stać za ladą i pilnować sklepu. Zaczęła grzebać się w miejscu, czując, że leży na czymś miękkim. O nie! Tego już za wiele. Zawsze przestrzegała zasad i nie uznawała obijania się w pracy. Zapominając o tym, że jeszcze tak niedawno zemdlała, energicznie uniosła się z sofy, lecz coś, a dokładniej ktoś, a najdokładniej umięśnione ręce tego kogoś przywróciły  ją spowrotem do pozycji na wznak.
-Powinna pani leżeć.- Oznajmił. Nie powiedział tego wesołym głosem jakim ją przywitał, ale także nie był to surowy głos. Był bardziej... Zatroskany?
-Ale sklep!- Wyrwała się, lecz ponownie poczuła, że jest przyciągana w stronę kanapy.
-Tak jak mówiłem, powinna pani leżeć.- Przykrył ją do ramion kocem, po czym zniknął z jej pola widzenia.- Nie obrazi się pani...
-Ally.- Wtrąciła bez zastanowienia.
-Słucham?- Stanął za oparciem sofy.
-Mam na imię Ally.- Powtórzyła zwracając głowę w stronę blondyna, który ujął jej dłoń i ucałował jej wierzch.
-Austin.- Ten gest nieco skołował brunetkę, ale nie zamierzała zrobić nic w tym kierunku, aby go przerwać. Za bardzo jej się to podobało.-Przepraszam.- Powiedział skruszony.- Jestem trochę staroświecki.
-Nic się nie stało. Nie wielu jest takich na świecie.- Zaśmiała się, a Austin już wiedział, że ten śmiech zapadnie mu na długo w pamięci. W jego oczach pojawiły się iskierki, a kąciki ust mimowolnie uniosły się do góry. Również jego mięśnie się rozluźniły, chociaż sam nie wiedział dlaczego wcześniej były napięte. Nie miał nad tym kontroli.
-Więc...-Zaczął, przerywając ciszę.- Pracujesz w tej księgarni?
-W zasadzie jest ona w moim posiadaniu.- Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej, robiąc miejsce dla blondyna.
-Czyli interesujesz się książkami.- Zauważył, siadając jej w nogach, przysuwając się jak najbliżej brzegu sofy. Jedną rękę ułożył na kolanach, a drugą podpierał sobie głowę.
-To nie jest zwykłe zainteresowanie, pasja. To coś więcej.- Westchnęła, jakby nabierała powietrza, aby móc spokojnie opowiedzieć historię, która praktycznie nie miała końca, ponieważ wciąż była pisana.- Książki pojawiły się na świcie odkąd tyko człowiek nauczył się pisać. Są one jedną z ważniejszych części historii. Przecież to dzięki nim wiemy tyle o dawnych czasach, albo wiemy jak się zachować w danej sytuacji.- Austin nie odrywając wzroku ani na chwilę, ledwo mrugając wsłuchiwał się w słowa brunetki. Jeszcze nigdy nie widział osoby, która z taką z taką pasją opowiadała o czymś.- Książka jest lekarstwem, lekarstwem dla duszy. Dzięki niej człowiek może znaleźć się w innym świecie, odpłynąć, zostawiając w tyle szarą rzeczywistość wraz z problemami. Pamiętam, że jak była mała mój tata mimo tego, że przychodził z pracy tak zmęczony, że nogi mu się same uginały, zawsze czytał mi książkę na dobranoc, albo opowiadał wymyśloną na poczekaniu historię. Po czym całował mnie w czoło i szedł do mamy.-Westchnęła, a jej wzrok utkwił w miejscu. Czuła, że pod powiekami zaczynają toczyć się jej łzy.- Przepraszam.- Pociągnęła nosem, a wierzchem dłoni wycierając sobie policzek.- Zagalopowałam się.- Uśmiechnęła się przelotnie na wspomnienie ojca. W zasadzie to sama nie wiedziała dlaczego zaczęła zwierzać mu się i podawać informacje na temat jej dzieciństwa. Znali się co najwyżej od 30 minut? Nie więcej, a już powiedziała mu zdanie więcej niż nawet powiedziała najlepszej przyjaciółce.
-Nic się nie stało. Widać było, że ci to ciążyło.
-No może trochę.-Odlepiła wzrok od ściany i spojrzała na Austina.- Skoro już ci się tak wygadałam to może powiesz coś o sobie?
-Nie lubię opowiadać o sobie. Czuję się wtedy jak egoista.
-Ale przecież nie jesteś egoistą skoro ja już o sobie opowiedziałam co nieco.- Spojrzała na niego zachęcającym wzrokiem. Blondyn odcharknął, wziął wdech i zaczął mówić.
-No więc tak jak mówiłem. W wieku 16 lat udałem się do szkoły wojskowej, w zasadzie to moja mama mnie tam posłała. Sama tam kiedyś chodziła i myślę, że zanim się jeszcze urodziłem miała już to w planach, aby mnie tam posłać.-Zaśmiał się krótko.- Ale nie mam jej tego za złe, no może trochę. Poznałem tam najlepszego przyjaciela, który nie raz uratował mi tyłek na froncie. Jednak ta szkoła miała swój minus... Podczas ostatniego roku nauki tam, był nabór do wojska, aby walczyć przy swoich rodakach w Afganistanie. Cała moja klasa się zaciągnęła, a ja mimo tego, że nie chciałem zrobiłem to samo, aby ich nie zawieść i nie wyjść na mięczaka.
-Nie wyszedłbyś na mięczaka... To nie twoja wina, że nie ciągnęło cię do złapania za broń i zabijania nią ludzi.
-Może i masz rację, ale wtedy tego nie rozumiałem.-Prychnął.- Do dziś pamiętam minę mamy jak żegnałem się z nią na lotnisku. Płakała... Serce pękło mi na milion kawałków. Później było jeszcze gorzej... Każdego dnia widziałem jak ludzie padają jak muchy. Nie rozumiałem jak jeden człowiek może zrobić coś takiego bliźniemu. Dlatego zostałem tam na 4 lata.
-Co potem?
-Gdy zaczęło się robić trochę spokojniej poszedłem do mojego przełożonego i powiedziałem mu, że tak dłużej nie wytrzymam. O dziwo zrozumiał mnie, poklepał po ramieniu i kazał pozdrowić rodziców. Jak najprędzej spakowałem się i w ramach wypoczynku pojechałem na małe wakacje. Dziś w nocy przyleciałem do kraju i miałem zamiar spotkać się po tylu latach z rodzicami, ale jak pewnie już wiesz pogubiłem się.- Ally nie mogła oderwać od niego wzroku. W głowie miała zamęt. Nie wiedziała co się z nią dzieję. Miała wrażenie, że zaraz ponownie zasłabnie, a to przez blondyna, który również wtapiał w nią swój wzrok. Jeszcze nigdy nie czuła czegoś takiego w obecności drugiego człowieka. Co tu dużo mówić. Nigdy nie czuła się tak w obecności mężczyzny, co najgorsze, nie miała pojęcia co z tym zrobić.
-Słabo mi.- Mruknęła. Austin momentalnie się pobudził.
-W takim razie nie będę cię forsować. Zabieram cię do domu.- Postanowił, zabierając brunetkę na ręce, a ona nie protestowała. Była na to za słaba.- Mieszkasz z kimś? Rodzicami, albo chłopakiem?
-Sama. Nie mam chłopaka.- Nie wiedząc dlaczego na tą wiadomość uśmiechnął się w duchu.
-Postanowione.- Powiedział układając ją na przednim siedzeniu w jego samochodzie.- Jedziesz ze mną do domu.
       Austin faktycznie postąpił tak jak postanowił. Zawiózł Ally do swojego domu lub pałacu, jak to ona uważała, gdzie zapewnił jej nocleg oraz pożywienie.
       Moon'owie należeli do ludzi majętnych, ale nie takich, których bogactwo zepsuło. Przyjęli Ally z rozłożonymi rękoma mimo tego, że w ogóle jej nie znali. Zapewnili jej najlepsze dobra jakie tylko  mogli, a nie chcieli nic w zamian. Już na powitaniu polubili Allyson, nie wspominając również o ich synu, który był nią oczarowany.
 Brunetka spędziła u nich jedną noc, po czym wróciła do swojego domu, do szarej rzeczywistości.
Dzień mijał za dniem. Słoneczko świeciło odgarniając najczarniejsze z chmur, ptaszki świergotały na jednym z drzew pobliskiego parku, a uroczy mężczyzna cały czas pałętał się w myślach brunetki. Oczywiście jak zwykle do sklepu nie targnęły tłumy, więc Ally czytała kolejną książką, po tym jak w męczarniach skończyła tamtą. Miała zamiar zająć czymś umysł. Byle tylko nie myśleć o nim, lecz nic nie mogła poradzić na to, że podświadomie wyobrażała sobie ją otuloną jego silnymi ramionami.
-Ally...
-Nie Trish, nie jestem w nim zakochana!-Krzyknęła, rzucając dziełem w stronę ciała swojej przyjaciółki.
-Wmawiaj sobie!- Przekrzyczała ja, chwytając za klamkę. Zirytowana  zaborczą postawą dziewczyny wyszła ze sklepu,  w drzwiach mijając jakiegoś klienta.
-Boże!- Kucnęła, aby podnieś to czym rzuciła i odniosła na półkę.
-Dzień do...
-Dajcie wy mi ludzie święty spokój!-Wtrąciła się, nie zwracając jakiejkolwiek uwagi na petenta.
-Jasne.- Nie przejął się zbytnio odrzuceniem ze strony kobiety. Wchodząc tu widział poddenerwowaną szatynkę , więc był pewien, że to z tego powodu było takie uniesienie na zupełnie bezwinną osobę. Dlatego postanowił próbować dalej-  Ale czy wpierw wytłumaczy mi pani jak dojadę na st. Michael street?- Brunetce momentalnie opadła całą złowieszcza energia. Została wyparta przez poczucie szczęścia pomieszanego z obawą.
Poprawiając sobie włosy i sprawdzając oddech, obejrzała się za siebie i ujrzała kogoś o kim myślała 24 godziny na dobę, przez 7 dni. Momentalnie powiększyły się jej źrenice, serce przyspieszyło swój rytm, a nogi zaczęły się uginać pod jej ciężarem. Dżentelmen stał przed nią ze szczerym uśmiechem w ręce trzymając bukiet krwistoczerwonych róż. Brązowooka starała się powstrzymać uczucia, które nią targały, jednak nie mogła nic na to zaradzić. Przez jej ciało przeszedł zimny dreszcz, aż się wzdrygnęła. Podeszła bliżej, a na jego uśmiech na twarzy się poszerzył. Szepnął ciche cześć, wręczył jej kwiaty i zaprosił na kawę, którą sam przygotował na zapleczu.
     W ten sposób zaczęła się ich długotrwała znajomość, która szybko przerodziła się w miłość. Już wtedy oboje wiedzieli, że nie są sobie obojętni, że to nie jest przelotne zauroczenie. Już wtedy wiedzieli, że są sobie przeznaczeni. Nie odstępowali siebie na krok. Do południa przesiadywali w księgarni czytając sobie nawzajem cytaty z książki, które im się spodobały, a wieczorami zaś oglądali filmy, rozmawiali, albo siedzieli tylko wtuleni w siebie. Rozłąka w ich przypadku nie wchodziła w rachubę. Nawet kiedy Ally poleciała do innego stanu odwiedzić swoich rodziców i 10-letniego brata, których nie widziała ponad 2 lata.
-Kiedy wracasz?- Odezwał się stęskniony głos w słuchawce. Ally już od ponad godziny siedziała na ganku swojego domu, rozmawiając z Austinem, raz po raz biorąc kolejne łyki gorącej herbaty. Był wieczór późnej jesieni.  Z drzew zdążyły poopadać już prawie wszystkie liście o bogatym ubarwieniu, pozostawiając gołe gałęzie. Dnie "umilała" pogoda. Niebo cały czas było szare, zachmurzone tak, że widoku słońca można było nie uraczyć,  a noce i poranki były niezwykle mroźne. Bez swetra nie wychodź.
-Za tydzień.- Oznajmiła, a w zamian tego usłyszał jęk.
-Tak długo? Nie wytrzymam.
-Austin, jestem tu dopiero 3 dni.
-Wiem, ale bardzo za tobą tęsknię.- Mimo, że go teraz nie widziała była pewna, że w tym momencie uśmiechnął się i przechylił głowę. Zawsze tak robił, gdy mówił, że za nią tęskni.
-Wiem ja za tobą też.
-Mam nadzieję, że masz na sobie kurtkę. Nie chciałbym, żebyś się przeziębiła.
-Nie, ale za to mam na sobie twój sweter.- Schowała zmarzniętą dłoń w przydługim rękawie zaciągając się zapachem, który się z niego wydobywał. Był lekko spocony, ale nie prała go celowo, ponieważ ten zapach przebijał mocny zapach jego perfum.- Chyba powinnam ci go wreszcie oddać.
-Myślę, że będziesz miała okazje.-Stwierdził śmiejąc się cicho.-Kocham cię.- Szepnął.
-Kocham cię.-Odpowiedziała równie cicho.
-Kocham cię.-Powiedział ponownie, odchrząkując. Po drugiej stroni słuchawki wydawało się to takie realne, że brunetka myślała, że za oknem czai się jej tata, który ją podsłuchuje.
-Kocham cię.
-Kocham cię.-Głos stawał się coraz głośniejszy, a Ally miała wrażenie, że słyszy go w rzeczywistości, a nie w słuchawce.
-Dziwne. Mam wrażenie jakbyś stał blisko mnie.
-Może dlatego, że bardzo cię kocham.- Powiedział wyraźnym już głosem ukazując się swojej dziewczynie zza samochodu jej rodziców. Brunetka upuściła telefon z ręki czem prędzej biegnąc w stronę Austina który czekał na nią z rozłożonymi rękoma. Mocno wtuliła się w jego ciało, tak, że jego silne ramiona prawie ją ukryły.
-Co ty tu robisz? -Spytała nie mogąc wyjść z podziwu.
-Nie mogłem bez ciebie wytrzymać.  Nie miałem gdzie się podziać i co ze sobą zrobić. Jesteś moim światłem w ciemności. powietrzem, którym oddycham. Wodą, którą pijam. Moją książką, którą wciąż czytam i nie mogę się doczekać, aby przeczytać kolejne rozdziały. A co się dzieje jeżeli odbierze się człowiekowi te wszystkie wartości? On usycha w środku.- To były bez wątpienia najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek usłyszała. Nikt jeszcze nie skierował do niej czegoś o takiej wartości.  Wciąż nie miała pojęcia jak to się stało, że ktoś taki jak Austin należał do niej.  Był ideałem mimo tego, że miał małe wady, z resztą jak każdy. Ale ona je akceptowała, bo przecież... Czy na tym nie polega miłość?
       Tego dnia po raz pierwszy się kochali. Nie chcąc zostać nakryci przez rodziców Allyson, ukryli się w pomieszczeniu gospodarczym jej taty, gdzie energicznie zgarniając wszystkie szpargały z podłogi, położyli się na niej, gdzie po wszystkim przykryli się kocem, który znaleźli w którejś z szafek. Było to dla nich coś nowego. Oboje robili to po raz pierwszy, ale nie byli tym faktem zestresowani. Znali się na tyle dobrze i kochali się równie bardzo, że nie bali się obnażyć swojego ciała przed sobą. Kierowało nimi głównie uczucie pożądania i dzikość jakiej jeszcze nie znali ze swojej strony, co nie oznaczało, że nie było to przepełnione miłością. Było i to bardzo.
    Gdy było już "po wszystkim" oboje wtulili się w siebie, wymieniając płytkie oddechy. Leżąc w ciszy Austin dostrzegł grubą książkę na falbanku. (to taki stół jak faceci mają w garażu, gdzie leżą ich wszystkie graty i przy których majstrują- od aut.) Wychylił się jak najbardziej mógł, byle tylko nie wstawać, aby móc ją dosięgnąć. Była to biblia. Stara, obita skórą na okładce, gdzie boki były już doszczędnie powycierane, a kartki zżółknięte.
     Ojciec Allyson, był pobożnym człowiekiem. Miał w zwyczaju zaszywał się gdzieś na podwórzu, zazwyczaj siedział w cieniu pod drzewem lub w jego warsztacie i studiował linijkę po linijce pisma świętego. Co niedziele uczęszczał do kościoła, a w każdą sobotę szedł do pastora na podwieczorek porozmawiać z nim o życiu i zazwyczaj do domu wracał późnym wieczorem bywało nawet, że o 2 w nocy.
    Austin przerzucił kilkaset kartek trafiając na jedną, najbardziej wytartą, po czym biorą jeden głębszy wdech i zaczął czytać:
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i miał tak wielką wiarę, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże. Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany. Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość

Ally mruknęła cicho, a Austin pocałował ją w głowę, tak jak robił to jej tata. Widział, że ten gest szczególnie sobie umiłowała i działa na nią bardzo kojąco.
-Idziemy spać?- szepnął wprost do jej ucha, nosem odgarniając nadmiar włosów z niego. Brunetka ponownie mruknęła kładąc się na prawym boku, otulona silnymi ramionami blondyna. Zamykając ospałe powieki stwierdziła:
-Dzisiaj przekreśliłeś swój byt staroświeckości.
-Tak?
-Yhym. No wiesz... Takie rzeczy? Przed ślubem?
-Hmmm... Faktycznie.- Stwierdził.- W takim razie... Wyjdź za mnie.- Ally momentalnie otworzyła oczy czując jak napływają do nich łzy. Odwróciła się w stronę blondyna, aby móc spojrzeć na jego twarz. Przez załzawione oczy nie widziała za wiele, większość była zamazana, jednak zauważyła jego uśmiech, który świadczył o szczerości zdania, które przed chwilą wypowiedział.
-Dobrze.- Oznajmiła.- Ale nie dziś. Aktualnie chce mi się spać.- Blondyn zaśmiał się cicho i oboje zasnęli.

         Niedługo po tym narzeczeni wzięli huczny ślub. No może nie taki huczny. Była na nim ich rodzina (nie uwzględniając ciotek brata synowej żony ojca teściowej ze strony matki, tak jak to się robi zwykle na weselach. Metoda ta nazywa się na pokaz i "zapchaj dziurę") oraz najbliżsi przyjaciele.
         Ally wraz ze swoim ojcem maszerowała w rytm marsza Mendelsona, aby móc wreszcie zawrzeć związek małżeński ze swoim ukochanym, który stał w mundurze przy zaprzyjaźnionym pastorze.  Oboje byli ze stresowani, jednak stojąc razem przy ołtarzu nie mieli żadnych wątpliwości co do wspólnego życia jako państwo Moon.  Nabożeństwo było piękne i wzruszające, za co wesele, które odbywało się w romantycznym parku, nad rzeką trwało do białego rana. Jednak nowożeńcy niezauważalnie urwali się z niego trochę wcześniej, aby móc spędzić noc poślubną tak, jak się ją spędza. Następnego dnia, po śniadaniu oboje wyruszyli w swoją podróż poślubną. Lot trwał ponad 5 godzin zanim trafili na wyspy tropikalne, które charakteryzował zupełnie inny klimat niż w miejscowości, w której zamieszkali tuż po ślubie. Mianowicie znaleźli sobie niewielką stancje w kamienicy nad księgarnią, którą prowadziła Ally. Los chciał, że jeden z jej mieszkańców się wyprowadzał, a Austin chciał, aby jego żona miała jak najlepiej w życiu, więc w tajemnicy przed nią kupił to mieszkanie, czym zrobił jej niemałą niespodziankę. Skąd miał na to pieniądze? Ally też się dziwiła, ale obawy jej prędko minęły, gdy jej mąż wytłumaczył jej, że mieszkanie nie było takie drogie, sporo zaoszczędził podczas służby w wojsku, a jego rodzice dołożyli mu brakującą część pieniędzy. Przy majętności jego rodziców spokojnie mogli wybudować sobie wielki dom z ogromnym ogrodem, ale wcale tego nie chcieli, może nie teraz. Na ten moment oboje mieli zamiar sami o siebie zadbać, nie pobierając pieniędzy z konta ich rodziców, którzy stali dla nich zawsze z otwartymi ramionami i portfelem.
        Małżeństwo leżało razem na stercie poduszek ubitych na dębowych panelach, oglądając telewizje, w której jak co niedziele leciał jakiś z filmów familijnych. W zasadzie prawie wcale jej nie oglądali. Kolorowy ekran migał sobie tylko po to żeby migać.
          Mieli już za sobą roczny staż wspólnego życia. Jak dotąd świetnie im się układało, wiadomo, jak każda para kłócili się, ale nie na poważnie i zazwyczaj już po chwili byli pogodzeni.
-Nie uważasz...- Zaczął, zataczając palcem kręgi na jej brzuchu- Że może pora, aby pozostawić jakiś ślad po sobie?- Spytał, delikatnie zaczynając rozmowę. Nie wiedział jak jego małżonka mogła zareagować na jego chęć do posiadania dziecka. Kochał Ally i to bardzo, ale od jakiegoś czasu pragnął dzielić tą miłość z kimś jeszcze, dokładnie z jego potomkiem.
-A w jakiej postaci miałby być ten ślad? Chłopca czy dziewczynki?
-Nie ważne kogo, ważne, aby miał oczy i inteligencje po swojej rodzicielce.- Uśmiechnął się, po czym wpił się jej w usta, zaczynając ich "projekt".
          Ponad rok trwały ich starania, aż nie przerwała tego jedna wiadomość.
Nad ranem Austina obudził pewien telefon, który całkowicie sprawił, że oniemiał, a do jego oczu zaczęły napływać łzy. Ally słysząc jego ciche pochlipywania obudziła się.
-Kochanie co się stało?
-Ja... ja... j...
-Spokojnie. Weź wdech i wydech i powiedz co się stało.- Instruowała go, głaszcząc po plecach.
-Ja... Dostałem wezwanie... -Łkał. Nie był w stanie wypowiedzieć zdań w całości.- Sytuacja się pogarsza... Wszyscy się zaciągają... Ja... Muszę jechać...-Spojrzał na nią oczami przepełnionymi bólem. Co gorsza zamiast pokazać swojemu mężowi, że powinien być silny, sama się rozkleiła.
           Mimo, że bardzo dobrze to rozumiała, nie mogła się z tym pogodzić. Nie powiedziała nic. Załamana wtuliła się w jego plecy, łkając razem z nim. Wiedziała, że może już go nie zobaczyć i to ją najbardziej bolało. Mimo tego dziękowała Bogu za to, że miała okazje spotkać kogoś tak wspaniałego jak Austin, którego aktualnie mogła nazywać swoim mężem. Nie mała mu  za złe tego, że był on żołnierzem. Nie miała na to wpływu, że tak się stało. Gdy on podejmował decyzje jeszcze się nie znali.
-Ja nie chcę! Nie chce tam wracać! Nie chce wracać do tej krwawej rzeźni!- Krzyczał, waląc pięściami w poduszkę. Brunetka mocniej wtuliła się w jego ciało chwytając za silne ramiona tak, aby go uspokoić. Nie miała pojęcia przez jakie piekło przechodzi. Mogła sobie jedynie wyobrażać, ale nie wiedzieć.-Nie chcę żyć w świadomości, że już mogę cię nie zobaczyć.- Niemal że szepnął, wbijając otępiały wzrok w swoje rozłożone na kolanach dłonie.
        Jeszcze tego samego dnia, wczesnym popołudniem wsiadł do autobusu z resztą żołnierzy jadących na lotnisko. Nie miał nawet za dużo czasu, aby pożegnać się z rodziną, gdyby nie Ally, która w popłochu zadzwoniła do jego rodziców prosząc, aby przyjechali do ich domu. Austin spakował swoje manatki do wielkiego wora okrytego maskującymi barwami, po czym wyszedł na zewnątrz, gdzie wszyscy już nań czekali. Z ojcem przytulił się "po męsku" klepiąc się po barkach. Matce ujął twarz w obie dłonie i czułym gestem pocałował ją w czoło. Natomiast swojej żonie złożył na ustach pocałunek przepełniony bólem, być może ich ostatni, po czym ujął jej dłoń w gentelmenśkim muśnięciu.
-Do zobaczenia...- Powiedział, po czym wsiadł do autobusu i odjechał. Wypowiadając jego ostatnie zdanie sam nie wiedział co bardziej miał na myśli. Dom, czy raczej królestwo niebieskie,
       Od jego wyjazdu minęły 2 miesiące, a brązowooka nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Pałętała się po całym domu bez ładu i składu, ewentualnie siedziała  beznamiętnie wpatrując się w stały punkt.  jej jego. Brakowało jej jego niskiego tonu głosu, który zawsze rozbrzmiewał ciepłą barwą przy jej uchu. Brakowało jej bicia jego serca, które uświadamiała ją, że to wszystko dzieje się naprawdę. Brakowało jej dotyku jego ciała, który za każdym razem sprawiał, że przechodziły ją ciary. Brakowało jej jego oczu, w których tonęła, kiedy tylko spojrzała i jego ust, które okazywały jej tyle miłości. Brakowało
       Starała się o nim nie myśleć, znaczy myślała, w końcu to był jej ukochany, ale starała się nie myśleć o nim walczącym na śmierć i życie. Wolała myśleć o nim jak o kimś w  podróży, który jak załatwi wszystkie sprawy powróci. To podejście od jakiegoś czasu wywoływała u niej mdłości. Tak jak tego poranka, gdy powolnie snuła się po kuchni w celu zrobienia sobie śniadania.
       Mieszając jajecznice na patelni poczuła jak w żołądku zaczyna jej się wszystko przewracać i podpływać w górę. Zostawiając jedzenie na włączonym gazie prędko odwróciła głowę w stronę zlewu i oddała to co miała w sobie.
-Nienawidzę tego.- Mruknęła sama do siebie. spłukując pozostałości ze zlewozmywaka. Ściągnęła gumkę z nadgarstka i związała sobie nią włosy odruchowo spoglądając w kalendarz. -Czekaj, czekaj. 20, 21, 22, 23...- Kolejno czytała dnie miesiąca kwietnia.- O cholera!- Odsunęła krzesło barowe i oniemiała usiadła na nim.- Niemożliwe! Nie, nie teraz...Nie gdy go nie ma. Krzyczała w duch spanikowana. On tak bardzo chciał przy tym być.- Tak długo tego wyczekiwali, a teraz ma go przy tym nie być? Dlaczego to się stało teraz? Może gdyby udało im się wcześniej Austin miałby pretekst, aby zostać w domu. Ale smród... Smród?-Nie, nie, nie, nie nie...- Poleciała do gazówki, gdy poczuła swąd przypalającego się jedzenia,- Nie róbcie mi tego jajeczka.-Wyłączyła gaz i zgarnęła cały posiłek z patelni do kosza. Momentalnie poczuła jak zmartwienie odchodzi precz, a na jego miejsce wstępuje radość. Szczęście z nowego życia, które chowa się pod jej sercem. Zsunęła się na podłogę i zaczęła śmiać sama do siebie.
      Mijały kolejne miesiące. Śnieg zasypał już drogi, a licznik przeziębień u dzieci energicznie wzrósł. W telewizorze leciały już reklamy coca-coli oraz zapowiedzi Kevina co oznaczało, że za około 2 tygodnie Boże Narodzenie. W domu trwała prawdziwa rewolucja, tylko po to, aby wyglądał odpowiednio do tego wydarzenia.
-Spokojnie, skarbie. Spokojnie.- Pogłaskała swój nabrzmiały brzuch. Jej maleństwo cały czas się kręciło jakby oczekiwało czegoś wielkiego.
-Matko boska! Ally uważaj, bo się zabijesz!- Krzyknęła pani Moon, widząc brunetkę przywieszającą ozdoby świąteczne stojąc na krześle. Odkąd była w ciąży jej teściowa miała obsesje na punkcie opieki nad nią. Brązowooka nie lubiła tego, ba, denerwowało ją to, ale nie powiedziała tego na głoś. Wolała zachować to dla siebie i dostosowywać się do jej nakazów. Wiedziała, że Mimi przeżywa ten sam ból co ona. Kroczyła po świecie ze świadomością, że jej jedyny syn może już nie żyć. To samo czuła Allyson. Przez to każdej nocy budziła się z krzykiem. Nie z krzykiem, z wrzaskiem. Ciągle przez ten sam koszmar. Pocisk przebija jego ciało, które wątle opada na wilgotny grunt. Był to jeden z najczarniejszych scenariuszy. Zwykle po tym nie mogła zasnąć, więc składała ręce do pacierza i modliła się błogosławieństwo dla jej męża w postaci szczęśliwego powrotu do ojczyzny.
       Z tego wszystkiego najgorsza była niewiedza. Nie miała żadnego kontaktu z Austinem. Zero telefonów, a co dopiero rozmów przez Skype. Pozostawały jedynie listy, ale nie miały one głębszego sensu, ponieważ jego jednostka nie zatrzymywała się w jednym miejscu na dłużej niż tydzień.
-Powinnaś odpoczywać.-Stwierdziła kobieta z zatroskaną miną- W 7 miesiącu jest to obowiązkowe.- Dodała krzyżując ręce na piersi.
-Nie mogę wiecznie leżeć. Muszę coś robić, bo inaczej zwariuję.- Odparła przywieszając małą bombkę tuż przy czubku żywej choinki, mając nadzieje na szybką kapitulacje jej przyszywanej rodzicielki.
-A... Ni... Dobrze, ale uważaj na siebie i maleństwo.- Przestrzegając, pokiwała palcem.- Mam was na oku.- Puściła jej oczko i opuściła salon, kierując się w stronę kuchni. Ally odetchnęła z ulgą. Była zdziwiona, że dzisiaj nawet szybko poszło.  Zwykle musiała się dłużej stawiać Mimi.
     Z trudnością (przez nadmiar brzucha) schyliła się po ostatnią, a za razem najważniejszą z ozdób. Ukucnęła po gwiazdę i poczuła zawroty głowy, przez co straciła kontrolę nad tym co robi i poleciała do tyłu. Z pewnością upadłaby na podłogę, gdyby nie to, że została w porę złapana. Otwarła oczy i ujrzała..
-Austin?



























































Kurteczka!

Kurteczka już dosyć długo nie ma rozdziału... NIE DOBRZE... Nie wiem czy coś na to zaradzę. TO wszystko przez szkołę. Za dużo obowiązków. Ale tak BY THE WAY...
O dzizus, przekroczyliśmy liczbę 1000 wyświetleń!
Ludzie jesteście niesamowici, na prawdę!
W ramach podziękowania i za razem przeproszenia w sprawie rozdziału przygotowałam dla was ONE SHOTA!
Z góry mówię, że jest to mój pierwszy i bardzo liczę na wasze komentarze i szczere opinie.
-Aiq.